Od wielu lat pracuję z hodowcami kotów tworząc dla nich strony internetowe.
Zawsze zarzekałam się, że nie chcę kota
- byłam zwoleniczką psów.
W lipcu 2007 roku pod koła mojego samochodu wszedł czarny kociak.
I to był początek. Wzięliśmy tego rozdartego kociaka do domu, który okazał się kotką i to łobuzicą!
Okazało się, że kot nie jest taki straszny :)
Na początku września 2007 roku pojechałam do znajomej hodowczyni - Ewki Kozłowskiej z hodowli Nanona Cat w Bełchatowie.
Miałam jej tylko pomóc. No i pomogłam, ale przy okazji zobaczyłam u niej cudownego rudzielca - wówczas siedmiomiesięcznego
młodzieńca. Pomimo, że po domu biegały różne młodsze i mogłoby się zdawać, że bardziej urocze kociaki,
to mój wzrok wciąż powracał do rudego kocurka usadowionego na szczycie drapaka. Patrzył na cały ten zgiełk
małych kociąt i krzątających się ludzi z dumą, lekkim pobłażaniem i gracją. On był ponad wszystko.
Ewka patrząc na mnie wiedziała, jakie myśli mną zawładnęły!!! Wróciłam do domu z rudzielcem :))
Póżniej zastanawiając nad tym wszystkim, doszło do mnie, że to nie był mój pierwszy kontakt z Giwem.
Gdy Ewce urodził się miot G, nie miała pomysłu na imiona dla kociąt. Poprosiła o pomoc w tym zakresie moją córkę.
Córka nie potrafiła wymyśleć fajnego imienia dla rudego kocurka, więc podrzuciłam jej imię "Giwo",
a ona przedstawiła go Ewce jako swój pomysł.
Druga moja styczność z Giwem miała miejsce na krakowskiej wystawie w czerwcu 2007 roku, gdzie miałam okazję trzymać Giwa
przy wystawianiu miotu G, który wówczas otrzymał BIS. Zresztą nie chciałam trzymać żadnego innego kota
- rudy i kremowy kolor kota to mój ulubiony. Podsumowując, doszłam do wniosku, że Giwo był mi przeznaczony
- on po prostu czekał, aż dojrzeję do posiadania kota.
Giwo z Kicią stanowili zgrany tandem. W 2008 roku na kilka miesięcy dołączył do nich Bursztynek, który niestety w wyniku choroby zmarł. I znów Giwo z Kicią zostali sami aż do stycznia 2009 roku, gdy przywlekłam ze stacji benzynowej porzuconą tam w okresie świątecznym kotkę czarną dymną - najbardziej inteligentnego kota, jakiego znam. Dymka miała zostać tylko krótko - dopóki nie znajdę jej domu. To się nie udało, więc została u nas. Kicia i Nova, bo tak nazwaliśmy dymkę, nie lubią się. Obie lubią dominować i walczą o prym przewodnictwa.
Mój mąż i znajomi twierdzili, że dzieli mnie tylko mały krok od hodowli. A ja zarzekałam się, że absolutnie nie założę hodowli. Cały czas rozglądałam się tylko za drugim kocurkiem - najlepiej kremowym. Jednak moje poszukiwania nie przynosiły rezultatu - nie mogłam znaleźć odpowiedniego kocurka. Wówczas zaczęła we mnie dojrzewać myśl, aby samodzielnie takiego wyhodować.
Pierwszym krokiem znów była wizyta u Ewki w maju 2009 roku. Zaproponowała mi wówczas kotkę czarną dymną o niesamowitych oczach
- bardzo ciemnych, kasztanowo-rudych. Kotka ze wględu na umaszczenie nie pasowała do moich planów, ale gdy na nią patrzyłam,
ogarniała mnie czułość, chęć jej przytulenia. Po przespaniu się z tą myślą, postanowiłam ją wziąć. Godzinę później w domu Ewki
zjawili się ludzie, którzy przyjechali kupić Oksankę.
I czy to znów nie było przeznaczenie?!
Postanowiłam znaleźć jeszcze trzy kotki i trzy kocurki do hodowli. Kilku mądrych hodowców bardzo szybko naprowadziło mnie na rozsądną drogę. Zmieniłam plany: jeszcze jeden kocurek oprócz Giwusia i trzy koteczki. Szukałam szylkretek czarnych lub niebieskich, kotek kremowych lub rudych.
W czerwcu 2009 w swych poszukiwaniach trafiłam na Tusię - czarną szylkretkę z legnickiej hodowli o niesamowitym futrze - pięknym, długim
i łatwym w utrzymaniu, co było dla mnie nowością, ponieważ do tej pory miałam z tym duże trudności.
W październiku 2009 roku przybyły do mojego domu aż dwa koty. Franek z hodowli Norel p. Marty Gorczycy - wspaniały niebieski kocurek
o idealnej budowie: krótki, zwarty, wielka okrągła głowa, maleńkie uszka, idealne czoło i zgryz.
Zaraz po nim przybyła Lenka - wielka, naprawdę bardzo wielka kotka z hodowli Fredoland p. Haliny Świderskiej.
Lenka to czarna szylkretka colorpointka o wspaniałym długim i gęstym futrze oraz wielkich niebieskich oczach.
Ostatni kociak przybył do mojego domu w styczniu 2010 roku.
Była to Biszka - koteczka o długo poszukiwanym przeze mnie kolorze kremowym.
Zawdzięczam ją p. Wandzie Dorant-Podgórskiej z hodowli Cat-Hut.
Z tego miejsca chciałabym podziękować wszystkim hodowczyniom
za powierzenie mi swoich kotów.
Szczególne podziękowania chciałabym skierować ku dwóm paniom:
• Ewce Kozłowskiej, która wprowadziła mnie w świat kotów, najpierw jako webmastera, a potem objaśniała tajniki
kociego świata i hodowli. Zawsze bardzo wiele mi pomagała, cierpliwie tłumaczyła po kilka razy to samo i przede wszystkim
pokazała, czym jest hodowla kotów. Gdy patrzę na nią i na jej koty, to wydaje mi się, że koty to jej dzieci,
a jej celem jest kochanie ich, dbanie o nie i rozpieszczanie ich do granic nieprzyzwoitości :)
• Marysi Redel - właścicielce trzech wspaniałych kocurków perskich (Prospero), która zawsze mi doradza, przeprowadza przez
gąszcz związkowych przepisów i wybija z głowy niezbyt trafione pomysły. Ona podobnie, jak Ewka jest uzależniona od kotów.
To nie ona rządzi w domu, lecz jej kocurki, a ona ma tylko wielki zaszczyt im służyć :)
W moich planach hodowlanych jest połączenie Franka z Tusią i Oksanką, a Giwusia z Lenką i Biszką.
Jednak już się nauczyłam, że w kocim świecie posiadanie planów i ich realizacja nie zawsze musi iść w parze :))))
Aneta
Czy wiesz, że...